Wróć do bloga
Blog

TAK MNIE OSZUKALI PIERWSZEGO DNIA W DELHI

Wiedziałem wszystko o oszustwach w Indiach, a i tak oszukali mnie pierwszego dnia w Delhi: metro, riksza, fałszywy pracownik hotelu i "biuro turystyczne". Co poszło nie tak i jakie wnioski z tego wyciągnąć?

Spis treści
TAK MNIE OSZUKALI PIERWSZEGO DNIA W DELHI

Stan na: maj 2026 (pora przedmonsunowa, ok. 40°C)

Zamknął drzwi i wyszedł. Powiedział, że to po to, żeby nam dzieci z ulicy nie przeszkadzały.

Jakie dzieci? Idąc tu, nie minąłem żadnych dzieci. Mijałem za to ciemne, brudne uliczki, skręty w lewo, w prawo i pełno dziwnych ludzi. Siedziałem w jednym pokoiku z obcym facetem, który rozkładał przede mną ulotki, a za drzwiami stał drugi. Pomyślałem tylko jedno: no dobra, to jestem okradziony pierwszego dnia. Ten koleś na bank trzyma drzwi z drugiej strony.

Wewnętrznie się poddałem i pogodziłem z kradzieżą.

Do tego momentu jeszcze wrócę. Najpierw musisz wiedzieć, jak w ogóle się tam znalazłem, bo zanim zrobiło się ciemno, Delhi zdążyło mnie oszukać kilka razy.

Dla kogo jest ten tekst

Dla każdego, kto jedzie do Indii i myśli, że jest dobrze przygotowany. Ja też tak myślałem, więc jest też dla każdego, kto chce uniknąć moich błędów.

Jeśli chcesz pominąć historię i przejść od razu do wniosków i porad, kliknij tutaj.

„Przecież o tym wszędzie piszą”

Pod moimi filmami z Indii często pojawiają się komentarze: pojechałeś nieprzygotowany, o tych sytuacjach wszędzie piszą.

Tylko że ja to wszystko wiedziałem. Obejrzałem masę filmów i vlogów POV z Indii. Mam sporo znajomych Hindusów. Byłem w Nepalu i na Sri Lance, więc szok kulturowy miałem już trochę zmniejszony. Wiedziałem, że są naciągacze, że trzeba się targować, że turystom wciska się wszystko, co się da. Wiedziałem nawet więcej, niż powinienem.

I nic z tego nie zadziałało, bo wiedza to nie nawyk. Ciało pod presją zachowuje się zupełnie inaczej niż głowa przed ekranem. Oglądając film, siedzisz wygodnie u siebie w domu i jesteś tylko widzem. A tam, nawet jak sytuacja cię przerasta i chcesz uciec, odwracasz się, a z tyłu czeka już kolejna akcja. Jesteś tym otoczony ze wszystkich stron i nie ma gdzie uciec, bo wszędzie jest tak samo.

Dorzuć do tego stan, w jakim byłem. W dniu wylotu wstałem o 9 rano. W Delhi wylądowałem o 9 rano ich czasu – ponad 20 godzin bez zmrużenia oka. Jetlag, 40 stopni w cieniu i ludzie, którzy ze wszystkich stron chcą ci coś sprzedać. W głowie miałem jedną myśl: jak najszybciej dostać się do hotelu. Nic innego mnie nie obchodziło.

Taksówka z lotniska w Delhi: ile chcą naganiacze?

Ledwo wyszedłem z lotniska, od razu podeszli. „Gdzie jedziesz?” Do Paharganj. „1500 rupii.” Do tego zapewnienie, że to tyle samo, co metro.

1500 rupii to ponad 60 zł. Wiedziałem, że to przegięcie. To nie moja pierwsza podróż i wiem, jak wygląda polowanie pod lotniskiem. Sprawdziłem też wcześniej, że obok jest metro i że najlepiej jechać właśnie nim. Podziękowałem i poszedłem.

Pierwsza runda dla mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Metro z lotniska w Delhi: jak przepłaciłem w oficjalnej kasie

Transakcja wyglądała jak u nas w Polsce. Oficjalna kasa, proszę o jeden bilet, kasjer mówi: 192. Płacę. Przy kasie nic podejrzanego, żadnego zagadywania, żadnych dziwnych ludzi obok.

Dopiero za bramkami, kiedy wyciągnąłem bilet do zeskanowania, rzuciło mi się w oczy, co jest na nim wydrukowane. 64 rupie.

Kasjer skasował mnie za trzy bilety.

Kwota była mała, więc w pierwszej chwili mnie to rozbawiło. Myślałem, że jestem cwaniakiem, bo spławiłem naganiaczy, a w oficjalnej kasie metra, przy pierwszej transakcji w Indiach, zapłaciłem razy trzy.

Błąd był prosty: nie znałem ceny. Wiedziałem tylko, że metro jest tanie. A „tanie” to nie jest kwota.

„To nie oszustwo, tylko cena dla turystów”

To drugi komentarz, który często się pojawia. Nie. Na bilecie jest napisane, ile kosztuje, więc nie ma o czym mówić. W Indiach istnieją osobne ceny dla obcokrajowców, ale przy niektórych zabytkach i wtedy są oficjalnie wypisane na tablicy: obcokrajowiec płaci tyle, lokals tyle. Transportu to nie dotyczy. W metrze jest jedna cena dla wszystkich.

Riksza w Delhi: wizytówki, nowa cena i „biedny człowiek”

Ze stacji do hotelu było może z kilometr. Normalnie bym poszedł, ale byłem wykończony, a z nieba lał się żar. Podjechał rikszarz, a riksza od zawsze kojarzyła mi się z Indiami. Pomyślałem, że to będzie fajna atrakcja na start. Ubera miałem w telefonie, ale w ogóle o nim nie pomyślałem. Chciałem się przejechać rikszą.

Targowanie: on 150, ja 100. Stanęło na 100. Później dowiedziałem się, że lokals zapłaciłby za tę trasę jakieś 20 rupii.

Ruszyliśmy. Na środku drogi, gdzie wszystko jeździło w swoją stronę, kierowca nagle się zatrzymał, zsiadł z roweru i położył mi na kolanach plik wizytówek. Masaże, jakieś usługi, inne hotele. „Wybierz, gdzie teraz jedziemy.” Nigdzie, jedziemy do mojego hotelu.

Pojechał dalej. Po chwili znowu stanął, zsiadł i oznajmił, że to za ciężka droga i za 100 nie pojedzie. Mam dać 150, tak jak chciał na początku.

Kłóciłem się, ale stałem na środku tego chaosu, wykończony, i wiedziałem, że hotel jest już bardzo blisko. Machnąłem ręką. Nie będę robił afery o 50 rupii.

Fałszywy pracownik hotelu

Kiedy dojeżdżaliśmy pod hotel, nie wiadomo skąd wyskoczył koleś w koszuli. Zadbany, uśmiechnięty. „Cześć, cześć, do jakiego hotelu?” Podałem nazwę. „Aha, wiem, pracuję tam, zaprowadzę cię.”

Pomyślałem, że jestem w dobrych rękach i o krok od łóżka.

Dałem rikszarzowi 200 rupii, bo dopiero co wymieniłem kasę w kantorze i nie miałem drobnych. Rikszarz, że nie ma wydać. Słabo mówił po angielsku, więc „pracownik hotelu” od razu przetłumaczył: on nie ma wydać, daj mu napiwek, to biedny człowiek.

Odpuściłem i te 50. Za chwilę miałem się wreszcie położyć.

Po drodze do hotelu mój nowy znajomy zdążył mi zaproponować marihuanę i transport na przyszłe dni. Na recepcji zapytałem, czy go znają. Nie znali. Nigdy tam nie pracował.

Bilans: uzgodnione 100, zapłacone 200.

Pod filmem ktoś napisał, że narzekam na oszustów, a rikszarzowi, który mnie oszukał, sam dorzuciłem napiwek. Racja. To było złe. Ale byłem zmęczony, rozgrzany, o krok od hotelu, a wokół działo się tyle, że wolałem zapłacić 50 rupii za święty spokój. Pierwszy raz w Indiach, wszystko się rusza, wszystko jest chaosem. Prawdopodobnie znowu bym tak zrobił.

Wracam do zamkniętych drzwi

Wieczorem, po dwóch godzinach drzemki, która tylko mnie rozstroiła, poszedłem coś zjeść. Zaczynało się ściemniać. Restauracja z widokiem w Paharganj, kurczak tandoori, mango lassi.

Hindus ze stolika obok zagadał: „Ładny widok, co?”. Pomyślałem, że wygląda, jakby przed chwilą na środku miasta wybuchła bomba atomowa. Ale tak, tak, bardzo ładny widok, super.

Dwa stoliki dalej siedział inny Hindus z jakąś Europejką. Głowa sama mi zakodowała, że to pewnie przewodnik. Zapamiętaj tego gościa, bo jeszcze się pojawi.

Z tym obok gadało mi się naprawdę dobrze. Jakieś 15 minut. Opowiedziałem mu o swoich planach. On powiedział, że jest stąd i prowadzi agencję turystyczną. I że wie, że ja jako samotny podróżnik z takich rzeczy nie korzystam, bo podróżuję po swojemu, na własnych zasadach. Ale z zawodowego obowiązku: jego biuro jest zaraz pod restauracją. Żebym tylko symbolicznie zobaczył, gdzie to jest, bo może jest promil szansy, że kiedyś będę potrzebował pomocy.

No dobra. I tak wychodzę, pokaże mi i idę do hotelu.

Pod restauracją żadnego biura nie było. „Chodź, chodź, zaprowadzę cię.” I zaczęliśmy wchodzić w gąszcz ciemnych, brudnych uliczek. Lewo, prawo, znowu lewo. Zrobiłem się podejrzliwy, szedłem jakieś 10 metrów za nim. „Chłopie, jak to jeszcze daleko, to ja dalej nie idę.” Ale w oddali zobaczyłem baner: „Travel Agency”. Czyli jednak istnieje.

Drzwi otwarte na oścież. „Wejdź, usiądź.”

I wszedłem. Do dziś nie wiem dlaczego. Wiedziałem, że nie powinienem, ale wszedłem siłą pędu.

W środku jeden pokoik, stolik i stos ulotek. Może to faktycznie było jakieś biuro. Był tam drugi facet. Zamienili parę zdań w swoim języku. Mój znajomy usiadł po drugiej stronie stołu, jakbym przyszedł z konkretną sprawą, rozłożył ulotki i zaczął: „Słuchaj, jak masz tyle czasu, to najpierw pojedziesz tu, tu i tu”. O pieniądze nie pytał. Chciał tylko poprawić moje plany na swoje, „lepsze”.

A ten drugi wyszedł na ulicę. Resztę znasz – dzieci, zamknięte drzwi i moje „no to jestem okradziony”.

I wtedy drzwi znowu się otworzyły. Ten, który wyszedł, chyba zapomniał telefonu i po niego wrócił. W tej samej sekundzie wstałem. „Sorry, chłopie, nie mam teraz czasu, muszę lecieć.” I wyszedłem.

Uciekając przed jednym, wpadłem w drugie

Wyszedłem tak raptownie, że nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie wiedziałem, jak się wydostać z tych uliczek ani czy tamci nie ruszą za mną. Szedłem szybkim krokiem i co chwilę się oglądałem.

W końcu wyszedłem na szerszą ulicę. I wtedy ktoś mnie zagadał. Ten przewodnik co siedział z Europejką z restauracji.

Moja głowa w ułamku sekundy ułożyła plan: jeśli tamci mnie śledzą, to szybko złapię kontakt z kimś zaufanym. On siedział z turystką, więc pewnie jest w porządku. Będę miał sprzymierzeńca, gdyby tamci wyszli.

Więc od razu skróciłem dystans. Jutro jadę na lotnisko, lecę do Kaszmiru, śpię w tym i tym hotelu. Wyłożyłem mu wszystkie najważniejsze informacje o sobie. Dziś wiem, że to było głupie. Wtedy nie myślałem. Byłem przestraszony i byłem pewien, że ktoś za mną idzie.

Po kilku minutach zza jego pleców wyszedł jakiś facet. Stanął, popatrzył na mnie, pokazał palcem na gościa, z którym rozmawiałem. I wykonał gest podciętego gardła.

Zamarłem. Spojrzałem jeszcze raz. Pokazał to samo. Włączył mi się jakiś automat, tryb obronny organizmu, zacząłem skanować wszystko dookoła. Spojrzałem na losowego człowieka obok, a on też pokazał na mojego rozmówcę i pokręcił głową: nie.

„Ale co, gdzie ty się patrzysz?” – zapytał gość. „Sorry, muszę iść, nara.” I poszedłem. Dwa razy szybciej niż z agencji.

W drodze do hotelu myślałem tylko: co ja najlepszego zrobiłem? Najpierw dałem się zaciągnąć do biura w bocznej uliczce. Potem, uciekając, zaufałem komuś, kto miał mnie obronić, a może miał wobec mnie jeszcze gorsze zamiary. Nie wiem nawet, czy ci z gestami nie robili sobie ze mnie jaj. A ja wszystkim po kolei powiedziałem, gdzie śpię i o której jutro wychodzę na lotnisko.

Szedłem po ciemku przez Paharganj i być może śledziły mnie dwie niezależne osoby. To było straszne.

Dotarłem do hotelu. Pierwsze, co zrobiłem na recepcji: zamówiłem taksówkę na rano. Nie obchodziła mnie cena. Następnego dnia siedziałem w recepcji i czekałem, aż taksówkarz po mnie przyjdzie. Bałem się wyjść z hotelu.

Rano nic się nie wydarzyło. Skończyło się na strachu.

Jak to działa?

To, co mi się przydarzyło, to klasyczny schemat „biura turystycznego” w Paharganj. Zaczepka w restauracji albo na ulicy, komplement i luźna rozmowa, potem „tylko zobacz, symbolicznie”, biuro w bocznej uliczce i „poprawianie” twoich planów. Celem zwykle nie jest kradzież, tylko sprzedanie ci przepłaconego pakietu wycieczek. Najpewniej to właśnie chcieli zrobić ze mną. Tylko że w tamtej chwili nie miałem jak tego wiedzieć.

Później, w Kaszmirze, lokals powiedział mi coś, co zapamiętałem na zawsze. Dla tych ludzi to zawód. Najlepsi znają każdy typ charakteru turysty, więc jeśli myślisz, że sobie poradzisz, to na takich jak ty też mają patent. Możesz wygrać z jednym, z drugim, z trzecim, ale w końcu trafi się ekspert, który i tak cię pokona.

Moje błędy, czyli czego nie powtarzać

Pułapka 15 minut uprzejmości. To był mój największy błąd. Człowiek z naszą europejską kulturą, kiedy pogada z kimś kwadrans, nawiązuje relację. Nawet jeśli wie, że to może być scamer. Potem głupio mu stanowczo odmówić, skoro gość jest spoko i się go polubiło. Oni to doskonale wiedzą. Są mili i gadają jak kolega z kolegą właśnie po to, żeby potencjalne wyrzuty sumienia nie pozwoliły ci w pewnym momencie powiedzieć „nie” i odejść.

Strach zrobił ze mnie łatwiejszy cel niż naiwność. Najgłupsze, co zrobiłem tego dnia, zrobiłem nie z naiwności, tylko ze strachu. Szukając sprzymierzeńca, podałem obcemu nazwę hotelu i godzinę wyjazdu.

Nie znałem ceny. Tylko „tanio”.

Riksza dla atrakcji. Uber był w telefonie.

Brak drobnych. „Nie mam wydać” działa tylko wtedy, gdy dajesz za duży banknot.

Ile mnie to kosztowało?

Za bilet na metro zapłaciłem 192 rupie zamiast 64, więc w plecy 128. Z rikszarzem umówiłem się na 100, a skończyło się na 200 z „napiwkiem”, czyli kolejne 100 w plecy. A lokals przejechałby tę trasę za jakieś 20. Naganiacze spod lotniska i „biuro turystyczne” nie dostali ode mnie nic.

Cały pierwszy dzień w Delhi kosztował mnie więc jakieś 230 rupii ponad normę. Około 10 zł.

Pieniądze były śmieszne. Prawdziwą cenę zapłaciłem w głowie. Kolejnego dnia bałem się wyjść z hotelu.

Moje zasady na pierwszy dzień w Delhi

  1. Nie rób niczego z uprzejmości. Jak nie chcesz, mów „nie” i koniec.
  2. Nie mów konkretnie o swoich planach. Gdzie śpisz, dokąd jedziesz, kiedy wyjeżdżasz – to zostaje dla ciebie.
  3. Nigdy nie mów, że jesteś pierwszy raz w Indiach.
  4. Miej odliczone pieniądze. I sprawdzaj ceny, zanim zapłacisz – na bilecie, u kogoś w kolejce, w internecie.
  5. Pamiętaj, że dla nich to zawód. To ich prawdziwe życie, a oszukiwanie turystów to praca. Nie czuj się zbyt pewnie.

Co zmieniło się w kolejnych dniach

Przestałem komukolwiek mówić, gdzie mieszkam, jakie mam plany i kiedy wyjeżdżam. Na każde pytanie miałem jedną odpowiedź: działam spontanicznie, zdecyduję jutro, nie mam planów i nie chcę mieć. Jeśli czegoś nie chciałem, nie robiłem tego z grzeczności. Jeśli nie chciałem z kimś rozmawiać, po prostu nie rozmawiałem.

Tylko że to ma swoją cenę. Jeżeli jedziesz w samotną podróż, to jedziesz właśnie po to, żeby poznawać ludzi i być otwartym na świat. Zamknięcie się na wszystkich jest sprzeczne z tym celem. Na pewno straciłem przez to jakieś wartościowe znajomości, bo trafiali się ludzie, którzy nie mieli złych zamiarów, kiedy z góry zakładałem, że właśnie mają. Długo potrzebowałem, żeby komukolwiek zaufać. Tego trzeba się nauczyć: zostać otwartym, ale nie ufać na słowo.

Czy po takim pierwszym dniu warto zostać w Indiach?

Po pierwszym dniu było bardzo ciężko. Miałem przed sobą jeszcze kilka tygodni i byłem przerażony, że tak będzie wyglądała cała indyjska przygoda. Do domu wracać nie chciałem, ale przeszło mi przez myśl, że zamknę się w hotelu i nie wyjdę, jeśli kolejne dni będą takie same.

Postanowiłem inaczej: wyciągnąć wnioski, wdrożyć je, zaadaptować i ruszyć dalej.

Na tym polega różnica między zwykłą turystyką a podróżowaniem przygodowym. Znajomi nazywają to, co robię, podróżowaniem ekstremalnym. To trochę przesada, ale jeśli coś takiego istnieje, to Indie są właśnie takim kierunkiem. To nie jest kraj na spokojne zwiedzanie zabytków.

Całą podróż i to doświadczenie oceniam 10 na 10, bo Indie dały mi dokładnie takie emocje, jakich potrzebowałem. Ale wiem, że dla wielu osób, może dla większości, taki pierwszy dzień oznaczałby koniec z tym krajem.

W styczniu tam wracam. W tej pasji jest coś uzależniającego, a przygoda pisze się sama.


Cały odcinek z mojego pierwszego dnia w Delhi znajdziesz poniżej:

Pamiętaj, że ten tekst tylko moje osobiste doświadczenia, Twoje mogą być inne!

Wesprzyj twórczość

Postaw mi kawę

Jeśli ten post był pomocny, możesz wrzucić coś na kawę — to pomaga mi tworzyć dalej.

Postaw kawę

Bądź na bieżąco

Dołącz do newslettera

Nowe wpisy, filmy i produkty prosto na maila. Bez harmonogramu, bez spamu. Tylko to, co zostaje poza kadrem.